Orzech

MEN zapowiada konsekwencje dla nauczycieli m.in. za udział w Strajku Kobiet

Wczoraj 2. października rzecznik prasowy Ministerstwa Edukacji Narodowej p. Anna Ostrowska wydała komunikat, że kuratorzy sprawdzą, czy nauczyciele namawiali uczniów do udziału w protestach lub sami brali udział. Na podstawie zebranych danych mają zostać wyciągnięte wobec nich konsekwencje.
W komunikacie czytamy:

Mamy sygnały, że niektórzy nauczyciele namawiali uczniów do udziału w protestach. Naszym obowiązkiem jest natychmiastowa reakcja na takie informacje. 

Zgodnie z zapowiedzią poprosiliśmy kuratorów oświaty o sprawdzenie czy takie sytuacje miały miejsce w ich regionie i jaka była na nie reakcja dyrektorów szkół. 

Jeżeli potwierdzi się, że niektórzy nauczyciele namawiali uczniów do udziału w protestach lub sami brali w nich udział, powodując zagrożenie w czasie epidemii i zachowując się w sposób uwłaczający etosowi ich zawodu, będą wyciągnięte konsekwencje przewidziane prawem. 

Nie ma także naszej zgody na zachęcanie dzieci oraz młodzieży do chuligańskich i wulgarnych zachowań. Nie ma zgody na to, aby uczniowie zachowywali się w taki sposób.

Źródło: gov.pl

5 komentarzy na temat “MEN zapowiada konsekwencje dla nauczycieli m.in. za udział w Strajku Kobiet

  • 3 listopada 2020 o 19:08
    Permalink

    A że protestowali przeciw COVIDowi to już nie?

    Odpowiedz
    • 3 listopada 2020 o 21:19
      Permalink

      Skrobała się babcia, skrobała się mama, mam to po nich w genach, będę taka sama.

      Odpowiedz
      • 4 listopada 2020 o 08:52
        Permalink

        Masz szczęście, że nie padło na Ciebie

        Odpowiedz
  • 3 listopada 2020 o 20:41
    Permalink

    Ale na czasie news z przed tygodnia

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2020 o 06:44
    Permalink

    Wierszyk wydaje się durny dopóki nie przeczytałem wpolityce.pl wypowiedzi którą sobie pozwalam zacytować :

    Ks. Arcybiskup Henryk Hoser: Fenomen, który obserwujemy na ulicach polskich miast i miasteczek, jest zjawiskiem złożonym i w wieloraki sposób uwarunkowanym. By go zrozumieć, konieczne jest zajrzeć do najnowszej historii i zauważyć aktualny kontekst społeczny i kulturowy. Rokiem przełomowym w Polsce był rok 1956. Komunistyczny reżym uchwalił ustawę dostępu do aborcji „ze wskazań społecznych”. O ile do tamtego czasu dostęp do aborcji umożliwiała furtka, to nowa ustawa otworzyła szerokie wrota. Wszystko dokonywało się pod pozorami troski o kobietę, w istocie jednak, władzom chodziło o kontrolę nad wzrostem ludności. A mentalność aborcyjna ogarniała coraz szersze kręgi społeczeństwa. Dokonywano od 500 000 do 800 000 przerwań ciąży rocznie. W szpitalach czy na oddziałach ginekologicznych na jednym piętrze leżały pacjentki oczekujące porodu, lub walczących o utrzymanie ciąży. Na innym piętrze kładziono pacjentki przeznaczone do seryjnie wykonywanej aborcji. Prowadzący zajęcia ze studentami asystent, dziś jeszcze żyjący, z dumą pokazywał instrument służący do wyłyżeczkowania jamy macicy mówiąc: „ta skrobaczka wyskrobała już ludność równą miastu powiatowemu”. Pisano i komponowano kabaretowe wierszyki i przyśpiewki piętnujące wielodzietne matki: „rozmnażają się jak króliki”, „co rok, prorok” „wstrętne baby rodzą bachory” itd. Ta mentalność przenikała do umysłów i kształtowała postawy, kierowała wyborami życiowymi. Należy zauważyć jeszcze dwa procesy, które trwały i są już ugruntowane.

    Pierwszym jest obniżony etos ginekologów; oczywiście nie wszystkich, skoro są liczni tacy, którzy zasługują na wyrazy najwyższego uznania. Już dawno mawiano, ze medycy dzielą się na dwie kategorie: lekarzy i ginekologów. To ci ostatni tworzą dzisiaj kwitnące podziemie aborcyjne: to nie babki operujące drutem do szydełkowania. To oni nakłaniają kobiety do aborcji.

    Drugim i bardziej powszechnym procesem, który już się zakończył, jest pozbawienie mężczyzn odpowiedzialności za poczęte dziecko. A to właśnie biologiczni ojcowie skłaniają, namawiają, wręcz żądają od swoich „partnerek”, usunięcia ciąży. Miał rację znany francuski lekarz, Paul Chauchard, gdy mówił: „żadna kobieta nie poddałaby się aborcji, gdyby za nią i ich dzieckiem stał mężczyzna”. W ten sposób ciężarna kobieta tak często zostaje dramatycznie osamotniona i zdezorientowana co do podjęcia najważniejszej życiowej decyzji: dziecko wyeliminować, czy je ocalić? Tak, w wielkim skrócie przedstawiają się antecedensy dzisiejszej sytuacji: nie powstała ona „ex nihilo”, tj. z niczego. Konieczna jest jeszcze analiza kontekstu socjalnego i kulturowego. Dzisiejsze fenomeny są rezultatem rewolucji obyczajowej i przemian cywilizacyjnych zapoczątkowanych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Rewolucja kulturowa tamtych lat miała swe główne postulaty. Pierwszym z nich było obalenie wszelkich autorytetów: każdy miałby zostać swoim własnym autorytetem.

    Po wtóre, szła za tym negacja stałych odniesień; tych wartości, które są uprzednie w stosunku do prawa stanowionego. Dokonała się ona w duchu swoistej ahistoryczności, czy historycznej amnezji.

    Po trzecie, była to rewolucja seksualna. Pożycie seksualne zostało wyabstrahowane z kontekstu stałych i długotrwałych relacji heteroseksualnych, jak to się dzieje w małżeństwach. Kontakty seksualne nazwano, i jest tak do dzisiaj, „uprawianiem seksu” („make love”, „faire l’amour” etc. w innych językach). Zachodzi tu jakaś analogia z uprawianiem sportu, (bo przecież nie z uprawianiem marchewki, czy pietruszki). Uprawianie seksu, zajęcia rozrywkowo – sanitarnego, to propagowany model szczęśliwego życia. Czytamy na portalach internetowych, że seks wzmacnia układ odpornościowy, wzmaga apetyt, ułatwia wypróżnianie i gwarantuje dobre zasypianie, usuwa stresy, chroni przed zapaleniami i chorobami metabolicznymi, przedłuża życie; jest niemal panaceum na wszystko. Kto naiwny, niech wierzy.

    Nastąpiła wreszcie erotyzacja ludzkich relacji, w duchu panseksualizmu. Ona zniszczyła dojrzałą przyjaźń męską i żeńską, tak bardzo cenione, i doprowadziła do upowszechnienia kultury homoseksualnej oraz coraz liczniejszych zaburzeń orientacji seksualnej. Jednocześnie ustalił się brak odpowiedzialności za zachowania seksualne za „radosną zabawę w łóżku” (M. Wisłocka). Skutki tej zabawy i banalizacji seksu nie są błahe: wzrost chorób przekazywanych drogą płciową (np. AIDS), i tragiczne : śmierć człowieka, dziecka w okresie prenatalnym. W całym świecie dokonuje się rocznie do 60 milionów (!) przerywań ciąży.

    Początek rewolucji seksualnej zbiegł się, 60 lat temu, z komercjalizacją antykoncepcji hormonalnej, wykazując jej dużą synergię z opisanymi zmianami. Od lat istnieje potężna organizacja międzynarodowa, typu NGO. Jest to IPPF, dysponująca ogromnymi funduszami rzędu miliardów dolarów, na które składają się jednak dotacje rządowe pochodzące m.in. z USA i krajów skandynawskich. Celem IPPF jest walka z ludzką płodnością. IPPF wykoncypowała „dwie linie obronne” Pierwszą jest masywna antykoncepcja, aż do najbardziej patogennych ich działań. Drugą linią obronną jest również masywna praktyka aborcji, promowana jako nowe „prawo człowieka” a na polskich ulicach jako żądanie aborcji na życzenie. Wymienione wyżej mechanizmy leżą u podstaw ciąży deklarowanych, jako „niechciane”. Rewolucja obyczajowa i kulturowa już dokonała się w krajach zachodnich. Dokonała ona głębokiej mutacji społeczeństw, które są coraz bardziej zdezintegrowane i zatomizowane; stają się bezbronne a w porywach anarchistyczne, jak już w Polsce. Etniczni mieszkańcy Europy są skazani na wyginięcie: przestali się rozmnażać. Europa chrześcijańska ustąpi miejsca Europie muzułmańskiej. To tylko kwestia czasu. Każdy człowiek jest spadkobiercą podwójnego dziedziczenia: biologicznego i kulturowego.

    Co to oznacza?

    To pierwsze jest zawarte w otrzymanym kodzie genetycznym i ekspresją genów, dokonującą się w ciągu całego życia. A więc w okresie prenatalnym mogą się też pojawić wady genetyczne, ale też mogą zaistnieć patogeny zewnętrzne toksyczne jak alkohol czy narkotyki, metale ciężkie, lub zakaźne jak toksoplazmoza, czy różyczka. Podobne czynniki mogą ujawnić się i zadziałać we wszystkich okresach ich życia poza łonowego, a także później po urodzeniu w różnym wieku.

    To drugie dziedziczenie jest przekazywane poprzez rodzaj „kodu kulturowego”. W naszym przypadku, mentalność aborcyjna przenoszona jest z pokolenia na pokolenia: matki z przeszłością aborcyjną i ojcowie, babki i dziadkowie, teściowe przenoszą tę mentalność i postawy, młodszym. Jest to swego rodzaju „doradztwo” bliskiego kontaktu. Polskie społeczeństwo, co podkreślam od dawna, jest społeczeństwem post-aborcyjnym, z wszystkimi tego konsekwencjami. Obecne rozruchy są tego ewidentnym dowodem.

    Należy zauważyć tragiczną konsekwencję osamotnienia kobiety ciężarnej, gdy deklarowana pomoc polega na skłanianiu jej do aborcji. Aborcji, która „wyzwala” i która „jest OK”. Za to kobieta płaci przez całe swoje życie.

    Tymczasem trzeba stworzyć cały system wsparcia kobiety w trakcie również trudnej ciąży. System ją wspierający, gdy dziecko jest chore lub niepełnosprawne. Gdy chce, może powierzyć dziecko wyspecjalizowanym ośrodkom opieki, również przez „okna życia”. Takie ośrodki są prowadzone m.in. przez zgromadzenia zakonne, niezwykle na tym polu zasłużone.

    Aborcja jest nie tylko zabiciem dziecka. Ma też swój wymiar duchowy. Czy mógłby Ksiądz Arcybiskup uświadomić, jaki?

    Aborcja ma wymiar nie tylko duchowy, ale holistyczny, całościowy. Człowiek jest trójwymiarowy. Tymi wymiarami jest ciało, psychika i duchowość. Istnieją one ściśle zintegrowane i przenikające się. Dlatego aborcja dotyczy całego człowieka, całej kobiety i cała osoba jest nią głęboko zraniona.

    Nie waham się nazwać aborcji tragedią i dramatem w jednym akcie. Dokonanej aborcji zapomnieć nie sposób. Dotyczy ona najpierw ciała, a pamięć somatyczna jest niezwykle trwała: jest jakby twardym dyskiem w człowieku. W ten sposób pamięć o aborcji pozostaje w świadomości, w psychice kobiety. Stąd pojawiają się mechanizmy wypierania, a z drugiej strony mechanizm kooptacji i identyfikacji z osobami o tych samych cechach: „wszyscy tak robią”. Kapłani są świadkami spowiedzi kobiet, będących już w podeszłym wieku, które ciągle powracają do dawno dokonanej aborcji, grzechu ciężkiego, który już był przebaczony i odpokutowany. Pamięć ciała jednak nie zanika, tak jak i skutki dokonanej aborcji.

    Sfera duchowa jest zaangażowana gdy odnosi się do moralnego sumienia. Sumienie jest osądem i wyborem między dobrem i złem. Sumienie jest też instancją daną każdemu człowiekowi i każdy jest za swoje sumienie odpowiedzialny. Ma ono charakter relacyjny: odnosi się tak do Boga, jak i do każdego człowieka. Odnosi się również do własnej osoby. Godność człowieka zależy m.in. od postulatu prawego sumienia i zakłada konieczność „rachunku sumienia”, bo może ono stać się błędne. Może być też nieczułe, uśpione lub obojętne. Od niego zależy nasza odpowiedzialność moralna. Dla człowieka wierzącego, formacja sumienia dokonuje się na modlitwie, w kontakcie ze Słowem Bożym i w życiu sakramentalnym. Oszukać sumienie nie jest łatwo. Zabić człowieka technicznie jest łatwo, ale świadomie – nie.

    Stąd przed zabiciem trzeba człowieka „odczłowieczyć” Robili to niemieccy hitlerowcy, dla których Żydzi z Narodu Wybranego, stawali się wszami. Słowianie czy Cyganie stawali się „podludźmi„. W Afryce, w konfliktach etnicznych jednych klasyfikowano jako karaluchy, innych, jako małpy. W debacie aborcyjnej argumenty mają być „naukowe”.

    Utytułowana profesor uniwersytecka prawi bez zmrużenia oka, że zarodek i płód nie są ludźmi aż do porodu, a nawet do czasu, gdy zostaną uznani za takowych przez np. rodziców. Inna, działaczka proaborcyjna ze słynnej IPPF gwarzy, że „produkt zapłodnienia”, to tylko niezróżnicowana tkanka i nic więcej. Obydwie przytaczają przypuszczenia św. Tomasza z Akwinu (XIII w.), piszącego o animacji płodu: „80 dni dla dziewcząt, 40 dni dla chłopców”, który to Tomasz cytował tylko Arystotelesa, starożytnego filozofa ( 384-322 przed Chr).

    Była to epoka przednaukowa w omawianym zakresie poznania, epoka sprzed wynalezienia mikroskopu. Dzisiejsza nasza wiedza pochodzi z genetyki i embriologii człowieka i nikt nie może jej podważać, czy negować.

    Coraz częściej słyszy się słowa, również polityków, że wycie i przekleństwa padające z ust zwolenników aborcji przypominają te na egzorcyzmach, kiedy zły duch wie, że przegrał. Coraz częściej w kontekście tych osób pada słowo „opętanie”. Czy to trafna diagnoza?

    Diagnoza jest słuszna, ale nie do końca adekwatna. Tzw. manifestacje diaboliczne: krzyki, wrzaski, ryki, nie są specyficzne ani najważniejsze. Dla tych, którzy w diabła nie wierzą (co ich urządza, a diabłu odpowiada), warto przytoczyć etymologię tego słowa. Składa się ono z dwóch członów: dia i beł. „Dia” znaczy przenikać w poprzek, „bolos” – strzelać, razić (por. balistyka). Stąd diabeł jest identyfikowany z kimś, kto stwarza podziały, z kimś, kto jest oszczercą i siewcą nienawiści między ludźmi. Jezus o nim mówił: „Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8, 44) . Jego, złego ducha inspiracja, znajduje się w wielu sposobach postępowania ludzi.

    Wskazane elementy są dostrzegalne w obecnych manifestacjach na pozór spontanicznych. W rzeczywistości były one z dużym wyprzedzeniem przygotowane przez biegłych w inżynierii społecznej, przez znaną organizację, z częściowo znanymi źródłami finansowania i nie od początku ujawnionymi zamiarami. Manifestacje ewoluują pod bacznym okiem ich reżyserów. Ostatecznym celem nie jest „ochrona” tysięcy i setek tysięcy kobiet (aborcji eugenicznej wykonano oficjalnie w zeszłym roku nie więcej niż ok. 1.110) . Celem manifestacji jest obalenie rządu i osadzenie u władzy tych, którzy doprowadzą w Polsce neomarksistowską rewolucję do końca. Przybiera ona postać walki z konstytucyjnym państwem polskim. Dzieje się to w czasie szalejącej epidemii i pociągnie za sobą setki i tysiące chorych i zmarłych. Manifestacje wciągające tylu młodych ludzi, przeradzają się w happeningi i w „zadymę i drakę”. Młodzi podskakują, tańczą i wykrzykują hasła, na początku i ciągle wulgarne i plugawe, połączone z profanacją kościołów i miejsc pamięci, a nadal nieodmiennie nienawistne. I wszystko dzieje się w chmurze Covid 19. I ktoś za to odpowiada.

    My, chrześcijanie nie możemy stosować siły; chyba że w obronie innych i własnej. My, chrześcijanie pamiętamy artykuł najstarszego kodeksu praw człowieka, Dekalogu: Nie zabijaj! Pamiętamy też słowa Boga z Księgi Rodzaju, skierowane do bratobójczego Kaina: „Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła do mnie z ziemi”! I wiemy, że zabite dzieci, bo były chore, będą nas sądzić na Sądzie Ostatecznym. Pozostaje nam silna broń: modlitwa i post. Bo Pan Nasz powiedział: „miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16, 33).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.